2 sierpnia 2026, wpisał Ks. Bohdan
Drodzy Parafianie, Przyjaciele i Goście naszej wspólnoty!
W dzień odpustu parafialnego, gdy wspominamy naszego patrona, św. Ignacego Loyolę, stajemy często przed pewnym wyzwaniem. Jeden z moich znajomych kapłanów zażartował kiedyś: „Świętego Ignacego można szanować za jego intelekt i dyscyplinę, ale kochać to można św. Franciszka z Asyżu”.
Ten żart kryje w sobie powszechny stereotyp. Widzimy w Ignacym posągowego, surowego stratega, genialnego organizatora, może wręcz chłodnego urzędnika Kościoła.
Uroczystość odpustowa to jednak najlepsza okazja, by ten stereotyp przełamać. Chcę Wam dziś pokazać, że św. Ignacego można – a nawet trzeba – po prostu pokochać.
Jako Wasz proboszcz znajduję ku temu kilka bardzo ludzkich powodów.
Przede wszystkim Ignacy to świadek niesamowitej słabości, z którą każdy z nas się boryka. Zanim stał się świętym, był dumnym, baskijskim żołnierzem, zakochanym w świecie, sławie i urokach dworskiego życia. Gdy w 1521 roku pod Pampeluną armatnia kula gruchocze mu nogę, wali się cały jego świat. W swojej autobiografii szczerze pisał, że do 26. roku życia był „oddany marnościom tego świata”, a w czasie długiej rekonwalescencji godzinami marzył o zdobyciu serca pewnej wysoko urodzonej damy.
Ignacy jest mi bliski, bo nie jest bezdusznym monolitem. To człowiek z krwi i kości, który musiał pożegnać się z własnymi, niespełnionymi ambicjami. Kto z nas nie przeżył w życiu takiego „strzaskania nogi”? Kto z nas nie opłakiwał utraconych planów, zdrowia czy zawiedzionych nadziei? W tym punkcie Ignacy doskonale nas rozumie.
Jest też drugi, głębszy powód.
Otóż, święty Patron naszej parafii poznał smak najciemniejszej nocy ludzkiej duszy. Po swoim nawróceniu, w grocie w Manresie, przeżywał tak potworne skrupuły i lęki, że ryczał z bólu na modlitwie. Krzyczał wtedy do Boga: „Pomóż mi, Panie, bo nie znajduję żadnego lekarstwa u ludzi... Choćbym miał biegnąć za szczenięciem, żeby od niego otrzymać pomoc, uczyniłbym to!”.
Zapytacie, dlaczego o tym wspominam w radosny dzień odpustu?
Ponieważ te dramatyczne wyznania zdejmują Ignacego z wysokiego cokołu. Pokazują, że wielkie dzieła Boże rodzą się w ogromnym trudzie, w kryzysie i w poczuciu bezradności.
Ignacy uczy nas, że świętość to nie jest brak problemów czy duchowych zawirowań. Świętość to decyzja, by w tym wszystkim kurczowo trzymać się Boga i wołać: „Panie, nie uczynię tego, co Ciebie obraża!”.
Dzięki tym doświadczeniom Ignacy przeszedł fundamentalną przemianę: z człowieka, który „miał rację” i chciał zdobywać świat dla własnej chwały, stał się człowiekiem, który cierpliwie słucha Boga i drugiego człowieka. Przestał narzucać Panu Bogu swoje scenariusze, a zaczął pytać: „Czego Ty, Panie, ode mnie chcesz?”. Owocem tego poszukiwania stała się mała książeczka Ćwiczeń duchownych, która odmieniła oblicze Kościoła.
Dziś, gdy świętujemy nasz odpust, patrzymy na Kościół i na nasze własne życie, w których tak często brakuje pokoju.
Czego potrzebujemy najbardziej?
Właśnie tego ignacjańskiego, cierpliwego wsłuchiwania się w wolę Boga.
Potrzebujemy porzucenia kościelnego triumfalizmu na rzecz pokornej służby.
Życzę Wam i sobie, abyśmy za wstawiennictwem św. Ignacego Loyoli uczyli się odnajdywać Boga we wszystkim – także w naszych zranieniach, kryzysach i codziennej szarości.
Niech nasz Patron wyprasza nam odwagę do powstawania z każdego życiowego upadku.
Z darem modlitwy i pasterskim błogosławieństwem,
Wasz Proboszcz
Archiwum


